Zbieranie grzybow to hazard, ale w tym przypadku nie trafilismy bingo. Nie ten rok dla plechy.
Poznalam
jednak sfere siebie I zycia, ktorej nie znalam. Troche nerwow I dygania, nie
bylo mi za latwo. Mieszkanie w malutkim Chevy warunkow nie ulawialo. 8 dni
spania na siedzeniu pasazera w aucie, zero lazienki, biezacej wody, deszcz za
oknem I Larry, ktory wpolowie naszego wyjazdu przeszedl metamorfoze.
Urodzinowa
lampka wina otworzylam zamknieta od 7 lat puszke pandory…..Larry poczul zug
alkoholowyna powrot zanim jeszcze dno pierwszego toastu sie pojawilo. Moja w
tym wielka wina, z kupilam to przeklete wino I namowilam Larrego do odswitnego
potraktowania dnia. Po tym juz tylko Larry stal sie wieczornym utrapieniem.
Co
do grzybow, jakies sie znajdywaly, ale trzeba sie bylo nachodzic od switu do
zmroku, zmoknac I zgubic. Raz zawieruszylam sie lesie, zakrecilam w kolo w
goraczce grzybowej, ze zadne gwizdy I hophopy nie pomoglo. W pochmurny dzien
nie tak latwo tez na orientacje sie kierowac do wyjscia. Serce przyspieszylo na chwile, kiszki sie oczyscily w nerwowych
skurczach, ale po godzine jakiejs znalazlam auto I Larriego. Oboje sie
wystraszylismy nieco. Na szczescie zycie
w lesie zamarlo jak moje serce I nie nastraszyla mnie miejscowa fauna. Ufff,
tajga kanadyjska to nie lasek grzybowy w
zielonogorskim… tu nie ma sciezek, szlakow
I wycinek co km…..zgubienie sie moze oznaczac nocleg w lesie I marsz pod
biegun polnocny, drog bardzo malo, drzewa wysokie,ze nieba prawie nie widac. A
ja z moim szwajcarskim scyzorykiem udawalam harcerke jak 20 lat temu. Nie mniej
jednak zdobylam 3 piora na tym wyjezdzie.
Bingo
nie trawfilismy, a wyjazd zbilansowal sie na zero. Przygoda zatem, nie o takim
ekstremalnym pobycie jednak myslalam. Oj, cos ta Kanada to kraj wciaz bardziej dziki,
a ja juz z wojennej siezki zeszlam dawno. Moj malo asertywny I spokojny
stosunek do biegu rzeczy jednak wyciagnal mniez tarapatow I wrocilam w milcznieu,
niemalze zupelnym, z na wpol pijanym I trzezwiejacym Larrym za kierownica. Ufff, udalo sie jednak dotrzec do konca czyli
do sadu w Cawston.
Sezon
juz sie konczy, zostaly 2 gatunki
poznych jablek do zebrania, fuji I pink lady I na tym chyba zakoncze moja
przygode w kanadzie. Pogoda jesienna,
sucho raczej, wciaz powyzej zera w nocy, mieszkam sobie w wiekowej przyczepie z
kartonem zamiast dywanu. Kilka filmow mi jeszcze na dysku zostalo, tak wiec
wieczory mam umowione na kinowe seanse. Internet z prysznicem, 25 min drogi ale
jest!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz