czwartek, 21 września 2017

pasmo nieszcześć dokucza maksykowi, z każdej strony ataki. Poki co, na szczęście, Tulum i jego okolice trzymają sie w spokoju i cieszą się piękną pogodą. Nie mniej jednak zbiorka datków w całym kraju na rzezc poszkodowanych w ostatnim trzęsieniu ziemi. Brrr....biedni ludzie, podaj 290 ofiar ale jest wciąż setki zasypanych. Niekt z moim bezpośrednich znajomych i rodzin nie ucierpiał.

Tymczasem wracam powoli na pełniejsze obroty nurkowe. Pianka jakby ciaśniejsza się zrobiła po wakacjach ale wciąż się w nią mieszczę. Butle też jakby cięższe się zrobiły.  Kondycja spadła mimo licznych pieszych wycieczek w Szwajcarii....
Od wtorku trochę wiecej pracy się zapowiada.  I dobrze, najwyższy czas!


czwartek, 14 września 2017

ognisko domowe


po rodzinie juz tylko zdjecia zostaly, tymczasem, do nastepnego razu. to nasze ognisko domowe wspolne, w komplecie. dobre bylo, smaczne.

a tymczasem, zreperowalam przednie zawieszenie a aucie, wstawilam 2 nowe opony i sprawdzilam zbieżność kół. auto gotowe na nowe tysiace kilometrow po bezdrozach. psy sie ciesza.
korzystajac z okazji, ze viva nie w domu, pies Miki, sprowadzilam Sunie i Darta do domyu. Mieszkamy w komplecie, przynajmniej na jakis czas.

wtorek, 12 września 2017

aklimatyzacja

pierwsze chwile juz za mna. jeszcze tylko nie bylam pod woda. reszta rutynowych zajec juz zaliczona.
wczoraj przejelam tez kota, nie mozna go bylo wczesniej zlokalizowac. Jeff przyznal, ze odkad kot zrozumial, ze nie mieszkamy razem, nie spedza za wiele czasu w domu. Jeff przywiozl Lemmiego do mnie wieczorem. Kot oszalal ze szczescia. Ocieral sie, gadal do mnie, lasil sie i wczepil mi sie we wlosy na pol nocy. teraz chodzi za mna jak cien. bardzo to bylo poruszajace. ja tez sie za nim stesknilam.

rozpoczelam wstepna selekcje i obrobke zdjec z podrozy. zaczynam troche od konca, bo w glowie najswiezsze. a zatem Kanada na poczatek. To mala miescowosc gdzie mozna zobaczyc wieloryby, morswiny i foki. Udalo nam sie w niezliczonej ilosci nacieszyc sie tymi stworzeniami. Surowy krajobraz, moj ulubiony taki odludniony, piekny camping i kajak na rzece, ktora z rzeka ma niewiele wspolnego, jest szeroka jak morze i slona.  Piekny zakatek. Grandes-Bergeronnes, Quebec.







sobota, 9 września 2017

wakacje 2017

80 dni dookola swiata, no moze nie dookola ale do polowy. Przelecialm blisko 22 tys km plus wiele km autostradami, kajakiem i na pieszo. Wszystko na malym podrecznym bagazu, niesmertelnym suchym worku 30 l. Bylo warto.
W domu juz prawie sie odnalazlam. Zjadlam tacos na kolacje, na sniadanie, wypilam swiezy sok i sfermentowany alla Margarita. Jeszcze tylko sie musze przestawic na wrzucanie papieru toaletowego do kosza a nie muszli i bedzie po staremu.  A i jeszcze kota nie widzialam, wciaz jest u wujka Jeffa gdzies skitrany.

ostatni wpis byl ze Szwajcarii....juz zapomnialam prawie tyle sie wydarzylo od tego czasu. postaram sie nadrobic z fotkami za kilka dni a tymczasem kilka slow o drugiej polowie wakacji.

Szwajcaria jest piekna. Kropka. Po dwoch dniach rozpogodzilo sie maksymalnie i do konca mojego pobytu temperatury ponad 30 i slonce nonstop. Niemalze codziennie mialam okazje zanurzyc sie w jeziorku lub rzecze, wcale nie lodowatym.
Pierwszy tydzien nad jeziorem Eagri z Alex, udalo nam sie kilka wypadow w gory, piekne przejazdzki gorskimi drogami i tunelami, przeprawa rwaca gorska rzeka czyli canyoning w Interlaken, surfowanie na dywanie i kuchnia indyjska kazdego dnia. na zakonczenie Alex odprawila na mnie magiczny masaz misami tybetanskimi i tak po prawie tygodniu na parkingu w Baar przejela mnie Melanie.

Melanie i Helmut prowadza centrum nurkowe w okolicach Zurichu, mieszkaja w przyjaznej do zapamietania miejscowosci Au. Tam tez spedzialm drugi tydzien. Bylo troszke w gorach, troszke pod woda, troszke na wodzie, na rowerze, a wieczorami przy rozpuszconym pysznym szwajcarskim serze. Nie zabraklo wina do sera oczywiscie, wspomaga trawienie.
Ostatni weekend spedzilismy w Niemczech, na super bbq u Richiego. Wbrew zapowiedziom pogoda byla wysmienita a sam Rothenbuch uroczo zalesiony i pagorzasty.
na zakonczenie pobytu Helmut i Melanie ubrali mnie w kosmiczny rebreather i zanurzyli na pierwsze w zyciu bezbablowe nurkowanie. interesujace doswiadczenie.
Melanie zabrala mnie na lotnisko niestety i stamtad w kilka godzin przetransporotwalam sie do Amsterdamu.

Pod wielkim znakiem I AM STERDAM czekal na mnie Mike. Z Mikiem pracowalismy razem we Wloszech w poprzednim stuleciu. Przemile spotkanie po latach, poznalam jego juz doroslego syna Hardiego, ktory byl z nami wtedy we Wloszech. Sam Amsterdam wciaz pelen turystow i szkoujacych widokow. Krotka wizyta to byla, 2 dni i ruszylam na lotnisko.

Moje nadzieje na piekne widoki lecac nad Islandia pochlonely geste chmury. Deszc i mgly... Spedzilam prawie 3 godziny na lotnisku, chyba najdrozym na swiecie i tyle widzialam Islandie.

Lot do MOntrealu trwal 5 godzin, wlasciwie go przespalam w calosci.
Na lotnisku odebrala mnie Valerie i Emil. Piekne przyjecie kolacja u Karine i Alixa a potem juz masa drinkow do rana w klubie L'esco gdzie pracuje Karine. 2 dni zabawy i w niedziele ruszylysmy z Valerie i Karine do Quebec. Tam spotkalam sie z Martinem i Sylvie, poznalam ich legendarne psy Mr Spook and Rocky. A w poniedzialek juz z sama Valerie przymocowalysmy wielki kajak na dach i ruszylysmy na wyprawe.

W sumie 4 noce pod namiotem, 2 w pieknym kanionie gorskim Hautes Gorges, 2 nad brzegiem ogromnej jak morze rzece Swietego Wawrzynca, okolice Tadussac, gdzie towarzyszyly nam setki wielorybow, fok i morswinow.
W drodze na gore Acropolis spotkalam pierwszego w zyciu jezozwierza czyli cos pomiedzy kapibara i bobrem. niezly stwor.

Po pieknych widokach i ponad 1000 km w aucie wrocilysmy z Val do Montrealu. Piekne miasto. Pogoda nas nie rozpieszczala ale mimo wszystko udalo sie kilka razy wyjsc poza szyby baru.
Na koniec nastrojowy koncert Kevina Morby i luksusowy lot do Mexico.

A tam juz czekala na mnie goroca atmosfera. Upal slonce i wilgotnosc. Oszolomione psy i happy hours w barze Milagrito wsrod tulumskiej rodziny.







piątek, 11 sierpnia 2017

wakacje 2017 ' raport w polowie

i to juz drugi miesiac moich wakacji. siedze z kubkiem kawy w dizajnerskim domku z zurnala w szwajcarskich Alpach otoczna gestymi chmurami. czasami mgly opadaja i pieknie zarysowuje sie panorama gorska z uroczym szmaragdowym jeziorkiem Aegri.

ale moze wroce jeszcze to tego co wydarzylo sie po drodze, tzn. od wylotu 18 czerwca.
podroz rasistowskim Condorem do Frankfurtu szybko poszla, pomogly mi w tym filmy z pakietu premium. obejrzalam 4 i wyladowalismy. Potem szybki marsz do pociagu i w niespelna 45 minut dotarlam do Kolonii.
Na dworcu czekala na mnie Saori, moja Japonska kolezanka, wielkie zaskocenie, bo mial czekac Ahmad. Niespodzianka sie udala...Ahmad sciagnal z Berlina Saori i tam wspolnie zrobilismy sobie spotkanie po latach wpominajac przez 2 dni czasy Dahabu i Jordanii. Dla tych co sie pogubili, pod okiem Ahmada robilam divemastera i asystenta instuktora, podobnie Saori a w Aqabie mieszkalismy razem przez blisko 3 miesiace.

Po upalach w Kolonii przenioslam sie do Daun. Tam Marcin zaprezentowal mistrzostwo grilowania i choc czasu duzo nie mielismy to udalo sie milo spedzic czas poza domem. Po trzech dniach wspolnie z Magda, Marcinem i malym wciaz Jakubem pojechalismy do Polski.

I tutaj juz rodzina kochana przywitala. Spotkaniom towarzyszyl babelkowy Michael, sponsor naszych wakacji. W pierwszych dniach odbylo sie wesele Moniki i Jarka. Piekna impreza na wolnym powietrzu, sporo dawnych znajomych, bardzo mily czas.
Po tygodniu z rodzinka przyszedl czas na Wroclaw. Jak przystalo na Nomada krazylam po wszystkich domach. Zosia, Tipek, Chodzia, Sewciu, Justyna, Piotrek, Jowita i tak w kolko. Udalo sie tez spotkac z dalszymi znajomymi, nurkiem Pawlem z Dahabu i Piotrem i Magda z Siechnic.
Wspaniale, cieple spotkania. Dzieciaki rosna, milo poprzebywac w ich towarzystwie.

Kolejne spotkania juz wymagaly dluzszej podrozy. Wpierw udalam sie w Tatry na spotkanie z szalonym Witkiem. Z Witkiem widzialam sie przelotnie ale za to z Tatrami mialam bliskie spotkanie. W dwa dni skatowalam miesnie i w trzeci juz po schodach chodzic nie moglam....
W dziwnych okolicznosciach udalo mi sie przedostac nocnym pociagiem do Rabki i tam mialam juz Grazie.
Grazia, Dominik, Marek i gromada zwierzakow. temperatura w nocy w Spytkowicach spadala do 8. Trzeba bylo podgrzac sie w termalych wodach na Slowacji, przyjemny basenik z +38 z widokiem na Tatry.

 A po Rabce przyszedl czas na nurkowe grono z Katowic. Ola z Robertem goscili mnie w swoim nowym domu. Udalo sie spotkac z Gosia i Tomkiem, Kasia i Robertem, Smietanem, Andrzejem i Ala czyli tulumskimi nurkami. Dzieki uprzejmosci Oli i Roberta zanurkowalam na legendarnych polskich koparkach, bardzo nowe doswiadczenie w nieswoim sprzecie i sucharze, przewazona ale szczesliwa.

Po Katowicach moglam wrocic na lono rodziny. W Walbrzychu zlapalam Anete i Roksane. I doszlo do legendarnego spotkania po 26 latach w malym gronie z 37. Podstawowke wspominalismy jak stare dziadki... Chlopaki w swietnych formach i nastrojach, przyszedl Marcin O, Marcin U, Jurek i Radek. Wypilam 5 czeskich piw i byl apetyt na wiecej ale juz nie bylo gdzie  a kolejne spotkanie jakby w czasie nie udalo sie. Mysle, ze beda jednak nastepne.

Przed wyjazdem wpadlam jeszcze do Wroclawia spotac sie z Agnieszka i Pawlem oraz Magda i Pawlem, gdyby Pawlow bylo za malo tego dnia pojawila sie jeszcze Edyta nurek i Pawel....
Potem zostala na koniec Warszawa. Justyna z Arturem sciagneli mnie z dworca, upili najmocniejszym bimbrem na swiecie a wczesniej jeszcze przemoczyli na motorowce na zalewie Zegrzynskim. Jak przez mgle pamietam spotkanie nad zalewem z Magda i Mariuszem..... Magda tez opila sie bimbru...
Rano na rezerwie energii wylecialam do Bukaresztu.
Z lotniska odebrala mnie Cristina, a w domu czekala Monika i Bruce, kolejny znajomy z Tulum. I tak rozpoczela sie przygoda sladami hrabiego Wlada Tepes vel Draculi.  Cristina wziela wolne z pracy i pojechalysmy w gory i lasy Transylwanii. Bylo troszke pod gore, piekne widoki, jaskinia sucha, zjazd kolejka linowa, wspaniale jedzenie, zamek Draculi i mrozaca krew w zylach przejazdzka gorska autostrada Transfagarasan.
Potem juz Monika przeciagnela mnie po zaytkach Bukaresztu. Pod wielkiem wrazeniem.
Palac  Ceausescu,  jako druga po Pentagonie najwieksza budowla na swiecie, wprowadzil mnie w zachwyt. Oszalamiajace bogactwo. Nie mozna tego przegapic.

Po Rumunii polecialam do Londynu.

Rozpoczelam od Richmond i rodziny Jeffa. Claire z dzieciakami, oj jakie one duze i slodkie. Blizniaczki Julia i Eva oraz Austin poznaly ciocie Gosie i spedzilismy piekne 3 dni wloczac sie po parkach i wetlandach Londynu. Potem przenioslam sie do Gosi i Arka. Udalo sie tez spotkac z Emilia i Lukaszem, ktorych na kolejnych wakacjach Arka i Gosi poznalam w Tulum. Zjedlismy pyszne tajskie zarcie i wypilismy rozgrzewajaca Tequile Sunrise.
W Londynie byl tez Guiness z Pasikiem z Cardinal of London. Odebralam moja sredbrna kolekcje ¨batass cave diver¨. Cudenka!
Dzieki uprzejmosci Arka znalazlam sie o nieprzyzwoicie wczesnej porze na lotnisku London Luton i odlecialam do Zurichu.

W Zurichu czekala na mnie Alex. Thorstena nie ma w Szwajcarii wiec mamy caly dom i czas dla siebie. Dom z bali o 1m srednicy........ jak z katalogu, nie moge przestac sie dziwic. Pogoda poki co deszczowa ale ma sie na weekend wypogodzic. I dobrze bo zaplanowalysmy canyoning w Interlaken.


Fotki z podrozy poki co mieszkaja wciaz w aparacie. Ale beda jak wroce do Tulum. Obiecuje. Powstawiam w odpowiednie okienka.


sobota, 17 czerwca 2017

o podrozowaniu to ja juz moge ksiazke napisac, przygodowa..... juz pierwszy maly dreszczyk byl. w piatek zorientowalam sie, ze sobota to nie 18stego a wiec nie wylatuje w sobote co utkwilo w mojej glowie a w niedziele.....bylam przygotowana na lot w sobote, urzadzilam pozegnalny obiad czyli gar curry z krewetami, i w polowie zorientowalam sie, ze 18nasty jest w niedziele.
dobrze, ze sie zorientowalam. smiechu troszke bylo.

mam nadzieje, ze kolejne loty przebiegna sprawnie. w sumie mam ich osiem. wciaz stoje na stanowisku, ze latanie, bagaz, wymiary, czas, bramki jest bardzo stresujace.  no i doliczylam sie, ze mam nadwyzke alkoholu w bagazu......mam nadzieje, ze Niemcy nie kaza mi wypic tequili na miejscu.

a zatem kochani zostawiam Tulum, w nienajlepszym huraganowym nastroju. pozegnalam sie z plaza i jaskiniami, tacosami i mojito. Do wrzesnia, a juz od poniedzialku golonka i faworki.

czwartek, 15 czerwca 2017

juz prawie spakowana. jakie to wspaniale uczucie byc przed podroza. jeszcze tyle te wiele godzin stresu lotniskowego i lotu. a to dopiero poczatek.
tradycyjnie na koniec wciskam w grafik wszystko co sie da, codzienne nurkowania, psy, jungla, zakupy, plaza, happy hours. ugh, jeszcze dwa dni i fru.