wtorek, 21 października 2014

troszke mokro sie zrobilo. Tradycyjnie zaczelo padac na wielkim grilowisku urodzinowym Julii. Taka tradycja, jak Tom i Julia organizuja grilla pada. W tym roku dokladnie rozpadalo sie o 7.30 czyli na starcie imprezy.
Mimo wszystko ziemniaki sie upiekly


sobota, 18 października 2014

w nowym sezonie, tzn ogorkowym sezonie, wprowadzilismy nowe kolory. weszly od living rumu, skonczylismy z przybrudzona biela scian. w pokoju zrobilo sie ciemniej ale i jakos tak przyjemnie, jak w pudelku milusio i przytulnie. kolor naszeg przescieradla z ikei, ni to szary, ni brazowy. piekny!
ale kolor sypialni jakis niewypal, po pierwszym pol metrze zastopowalam prace....trzeba to chyba przemalowac. fiolet na Haloween jeszcze ujdzie ale na caly rok to chyba ciut za natarczywie...... musze to przemyslec......to byla jakas fantazja chwilowa.


piątek, 17 października 2014

pa pa bon bon

i najslodszy kociak musial po tygodniu odejsc. niestety, ktos odpowiedzial na ogloszenia i Bon Bon ma nowy dom od dzisiaj. nawet Jeff przyznal, ze by go zostawil taki slodziak z niego.
psy obserwowaly kazdy jego ruch i w kazdej wolnej chwili zalizywaly go do kosci. byl mokry jak szczurek ale podobalo mu sie to.
fajny to byl tydzien.

wtorek, 14 października 2014

dzizis

Powracajac jeszcze, poki pamiec swieza, do wycieczki po kosciolach, nasuwa mi sie pewna refleksja. dlaczego tak realistycznie przedstawia sie Chrystusa w Meksyku? Jak On cierpi....jak krwawi, jak sie czolga....nad wizualkami Jezusa pracuje sztab ludzi od efektow specjalnych.....wszystko takie realistyczne ale traci horrorem, a czasem i groteska. oto kilka przykladow, zeby nie bylo, ze tylko w mojej glowie....

pierwszy bylo kosciol w Mitla, w stanie Oaxaca.....jakosc komorkowa, przepraszam.
zeberkowy...

















A sama Maryja w stylizacji transwescyty Almodowara ...szczegolnie w zblizeniach, o ktore trudno w tej edycji telefonu komorkowego.


















A potem natknelam sie na popiersie switej, niestety zapomnialam jakiej....pojawiala sie w kilku kosciolach...ale jakas taka grzeszna ....
 

a potem pojawial sie jakby znudzony, tuz po lub przed ukrzyzowaniem.... rany cieknace, oczy pomalowane...



 a tu juz wygiety dziwnie, efekty specjane na medal....







a ten to juz byl majstersztykiem, rzesy, galki oczne, setki drobiazgow, ktorych aparat nie uchwycil.








a na deser dzieciatko doktor.....laleczka Chacky jak dla mnie, lysiejace dziecko lalka z torba doktora....i uzdrawia zza szybki......co to za wcielenie?


poniedziałek, 13 października 2014

pierwszy tydzien

i tak juz sie zaaklimatyzowalam na nowo w tropikach. powrot do klapek i spirali na komary wieczorami. nie brakowalo mi tego ale dobrze tez usiasc wieczorem w lezaku i nie czuc chlodu na plecach.
po powrocie Jeff jakby nie przyjal do wiadomosci, ze cos sie zmienilo. i troszke mnie przymusil do sprobowania na nowo, ze przemyslal wiele itd... ja tez mialam czas na przemyslenia i dam kolejna szanso probe. niech sie dzieje.  zawsze sa plusy i minusy, trzeba jakos przez ten labirynt przejsc...

a tymczasem udalo mi sie pchnac papiery wizowe, a wiec  sprawy sa pod kontrola w czasie. Teraz tylko oczekiwanie czy maja wiecej pytan i jak nie to prawie koniec procesu. W przyszlym roku bede musiala sie ubiegac o pobyt staly, to juz piaty rok w Meksyku. 5 lat to maksymalny czas na wizie tymczasowej. Dobra strona tego bedzie, koniec z papierai co roku, zla, ze nie mozna wyjechac z kraju na dlugo nie tracac papierow.....z drugiej jednak strony nie wiem jak oni to kontroluja.

udalo sie tez ponurkowac, 2 piekne nurki w nowym skrzydle sidemountowym. Wszytsko wydaje sie dzialac perfekcyjnie, wciaz mam male poprawki i dopasowania ale co do zasady uprzaz i skrzydlo dobrze sie nosza pod woda.

uzupelniam tez relacje z wyjazdu o nowe fotki, ktorych nie udalo mi sie na czas wrzucic i opisac. jaest wiec duzo wiecje zdjec.....

a w domu, kociak. 2 dni temu wracalismy o polnocy na rowerach i nasza uwage zwrocil koci placz w krzaczorach. Jeff sie zatrzymal pierwszy, ja tez, przeszukalismy krzaki. I znalazl sie piekny rudy kociak......slodki jak miod, nie mozna go bylo zabrac stamtad (nigdzie) i nakarmic. Umie juz jesc, zabki mini mini ale siekaja. Spi z nami w lozku. Jeff mowi, ze jak oddam 2 psy mozemy zatrzymac kota...... nasze rancho rosnie....

środa, 8 października 2014

powrot

jeszcze musze ogarnac to i owo, w pierwszej kolejnosci sprawy urzedu emigracyjnego i bede opowiadac dalej,

poniedziałek, 6 października 2014

mexico city




I tak podroz dobiega konca. nasuwa sie jedna mysl, 12 dni to za malo, ten kraj jest przeogromny i mozliwosci turystyczne sa nie do ogarniecia. sama stolica jest przeobszerna, chyba juz nie nawieksze miasto swiata, ale trudno sie ogarnac w 2,3 dni.

Calkiem przez przypadek wpadlam wczoraj na spektakl baletowy do Palacu Sztuk Pienych, cudo budowla. Widowisko baletowe, ale raczej taneczne pt. folklor meksykanski. Ciekawe doswiadczenie, za oknem byla wielka burza i deszcz a srodku kolorowo i bardzo ludowo.....hehehe, 12 mariachi i 24 tancerzy to chyba max jaki mozna sobie zafundowac.

a dzisiaj ostatnie wielkie ruiny, Toltekow, Mexikow i Aztekow....miasto smierci Teotihuacan. A tam wdrapac sie mozna bylo na 70m Piramide Slonca, a potem na nieco mniejsza Piramide Ksiezyca. Miejse malownicze, zahaczylam tez na obiad do La Grotta czyli specyficzna restauracje w jaskinii, w ktorej jadaja prezydenci. Obiad na poziomie bardzo wysokim, a i po lampce wina dobrze sie widzialo te piramidy.



Samo Mexico City to wielkie opary smogu i kurzu, wszystko troszke brudne i przeogromne. Wielkie gmachy, palace, kosciolow tez nie brakuje. W poniedzialki, widomo, muzea po zamykane, ale mam jeszcze troche czasu za dnia jutro przed odlotem. Dam rade pogapic sie na gadzety w Muzeum Antropologicznym i Fridy. A potem juz tylko samolot i Tulum.